czwartek, 12 lipca 2012

z innej beczki

Ostatnio czułam potrzebę opublikowania czegoś swojego, czegoś, co mogłoby choć w małym stopniu oddać to, co ostatnio się działo, a działo się od groma. Od ostatniej notki pojutrze minąłby rok, więc leżąc teraz pod kołdrą, opiszę, co robiłam podczas mojej nieobecności.

W sierpniu spędziłam dosyć nudne, lecz mimo wszystko potrzebne mi wakacje nad morzem, smażąc się na plaży bez większego efektu w postaci opalenizny, spacerując boso i zapominając o miejskim stylu życia. W tym czasie przypadała pierwsza rocznica mojego związku.

W październiku stałam się pełnoletnią obywatelką naszego kraju i parę miesięcy później zrozumiałam, na czym to właściwie polega.

W Boże Narodzenie urwałam kontakt z moim ojcem. I to była dobra decyzja.

Miło spędziłam Sylwestra w gronie znajomych i faceta, lecz w tym samym momencie rozpadły się też inne relacje na linii rodzinnej, co wpłynęło na sposób spędzania świąt i wszelkich rodzinnych uroczystości. Coś się skończyło i to zupełnie niepotrzebnie.

W lutym i marcu roku już 2012 przeżyłam ogromne rozczarowanie i to był jeden z gorszych momentów, jakie ostatnio przeżyłam. Był to wielki kryzys, który przyprawił mnie o pęknięcie serca na długi czas. Wydawało mi się, że straciłam coś ważnego, wręcz najważniejszego na tę chwilę. Całe wsparcie, akceptację, miłość do innych i do siebie samej, zarówno z mojej strony, jak i ze strony innych. To było trudne, ale minęło i zostało naprawione, by dalej wpaść w wir szaleństwa i komplikacji.

W kwietniu poniosłam porażkę edukacyjną, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Mam plany na przyszły rok przerwy i mam nadzieję go dobrze wykorzystać.

W maju podjęłam pracę, z której jednak zrezygnowałam po miesiącu i mniej więcej w tym samym czasie skończyły się zawirowania uczuciowe i wszystko stało się stabilniejsze. Zmieniłam kolor włosów i podejście do siebie, do otoczenia. Bez zapeszania. 

Przede wszystkim, nauczyłam się wiele o życiu, o jego przykrych ale też i dobrych aspektach. Wiele rzeczy za mną, ale jeszcze więcej przede mną. W sierpniu miną dwa lata, odkąd jesteśmy razem.. Nie mam planów na wakacje, ale czas pokaże. Tęsknię za morzem. Jeszcze je zobaczę.

czwartek, 14 lipca 2011

riders on the storm

Jakiś pies poszczekiwał za oknem, gdzieś w oddali, jakby wyczuł postapokaliptyczną atmosferę niepokoju, zapowiadającą burzę. Za oknem niebo było całkiem żółte, tak samo drzewa, bloki, chodniki i ludzie, a nawet wnętrze mojego małego pokoju w ten letni, ciepły, choć nieco deszczowy wieczór. Kolor otoczenia zdawał się działać uspokajająco, choć wiadomo było, że zaraz lunie i ciszę zastąpi huk masowo spadających na parapety i samochody kropel deszczu. Ja jednak lubię muzykę tej pogody, więc mi na rękę. Lubię też ten typowy zapach ,,po burzy’’, jak to się potocznie mawia, który w istocie jest zapachem ozonu obecnego na powierzchni ziemi. Przypomina trochę też woń świeżo skoszonej trawy, skąpanej w porannej rosie i wolnorosnących nieopodal przy strumyku ziół. Jaskółki nisko latają, na wysokości dziesiątego piętra, więc teraz już będzie padać, na pewno. Samiec komara, większy niż te gryzące bzyczące owady, których tak wszyscy nie lubią, próbuje włamać się przez okno. Pukam do niego w szybę, ale zdaje się, że ma ważniejsze sprawunki na głowie.

Niebo zmieniło w tym czasie barwę na błękitną, ale bardziej szarą, niż słoneczną, nabierając czerwieni na linii horyzontu. Światła powoli zapalają się w sąsiednich budynkach, przedzierając się nieśmiało zza gałęzi liściastych drzew, a reflektory przelatującego samolotu mrygają rytmicznie jak uszkodzona latarnia uliczna.

Pora wyjść z psem. Jak na ironię, właśnie zaczęło padać. Ale nie przeszkadza mi to i wychodzę. Nie widać śladu po wcześniejszej żółci, a szarość zmieniła się w czerń nocy. W powietrzu czuć zapach jeziora, pełnego ogromnych glonów i dziko rosnących chwastów przy brzegu. Mokry chodnik jak peknięte lustro odbija jasno fioletowe błyski, a każdy kolejny krok przypomina o coraz większej obecności wilgoci. Mokną mi stopy i włosy, ale nie przeszkadza mi to. Słychać wyładowania elektryczne, jakby zrzucał ktoś powoli ciężki gruz. Po chwili wracam do domu.

Siedzę w ciszy, słuchając głosu świata i paląc papierosa. Ktoś znowu zrzucił gruz z nieba albo jakby zawalił się jakiś ciężki budynek. Myślę, że chyba po raz pierwszy w życiu czuję się szczęśliwa.

sobota, 8 stycznia 2011

noworoczna

Pogoda działa dostatecznie demotywująco, łóżko mimo ciążących na mnie obowiązkach zdaje się być jeszcze wygodniejsze, sny bardziej kolorowe i herbata smaczniejsza niż kiedykolwiek, jednak wiele negatywnych czynników przestało figurować na liście mojej podstawowej fizjologii, więc bilans można uznać za stosunkowo dobry. Do szczęścia brakowałoby mi samozaparcia, ustabilizowania nastrojów i paranoicznych stanów, spontaniczności, konsekwencji w słowach i czynach, więcej uśmiechu, więcej zdrowych przyjemności. Mile wspominam siebie sprzed kilku lat, bo pomimo ogółu beznadziei sytuacji w tamtym okresie, potrafiłam być odważna. Wspaniałe oderwanie się od życia, do zupełnie odmiennego świata, tak przyjaznego, wydawałoby się, że rzecz do koniecznego powtórzenia – a jednak nigdy nie zrobiłam tego ponownie. Czasami siadam na krześle naprzeciwko okna, patrzę na zewnątrz i myśl o tym, jak wiele bym mogła, jak wiele bym chciała i jak wiele tracę, ograniczając się w najgorszy i najgłupszy możliwy sposób, powoduje że czuję się sfrustrowana bezsilnością, która temu towarzyszy i wściekła na samą siebie, chociaż nie jestem pasywna. W moim życiu trafiam na rzeczy, które odwodzą mnie od przyjętego toku myślenia, cofając jego postęp i uniemożliwiając dojście mi do ostatecznego rozwiązania spraw. Potem zaczynam wszystko od nowa, jednak w pewnym momencie coś mi przeszkadza i linia postępu znowu zostaje przerwana. I tak w kółko. Pomimo czynności, które stanowią pewien constans, czuję wewnętrzny niepokój i nieład w sercu, wieczny huragan boleśnie rozwiewający stateczność i jednostajność bytu. Chyba dorosłam na tyle, by ze wstydem stwierdzić, że kiedyś dałabym wszystko, by być inną osobą niż pozostałość nudnych jednostek, nawet kosztem dobrego samopoczucia, a teraz wszystko, czego chcę, to być jak najbardziej normalnym człowiekiem z życiem najnormalniejszym jak to sobie można wyobrazić.

niedziela, 21 listopada 2010

untitled

Czas mija tak szybko, że nie zauważyłam nawet, że liście zżółkły i pospadały na mokre chodniki. Temperatura przeraźliwie mrozi ciało, a słoneczne dni są tylko substytutem minionego lata. Zaczyna się jesień – pora niewątpliwie chłodna, lecz racząca wszystkich ciepłem naturalnych barw. Ten czas kojarzy mi się ze spacerami po centrum miasta, uderzającym zapachem smakowych papierosów, ciepłą wódką i długimi wieczorami spędzonymi na chandrze. Wspomnienia powracają przy oglądaniu starych fotografii robionych jeszcze aparatami na kliszę, tych chwil zapomnianych i, wydawałoby się cudownych, jednakże została po nich dziura w pamięci, pustka w sercu i kolorowa odbitka.
Alkohol pejoratywnie porusza moje neurony. Szybko się upijam, a potem nic nie pamiętam i nie wiem nawet, z kim rozmawiałam, a to wszystko przez te tabletki, które mi przepisał lekarz. Codziennie rano połykam połówkę i moje serce zaczyna wolniej bić, i oddech staje się spokojniejszy i mętlik w głowie zdaje się być bardziej uporządkowany we wszechobecnym bałaganie. Miłą odskocznią są wielobarwne długometrażowe sny, pełne abstrakcji, w których spotykam wszystko, czego mi trzeba i wszystko, czego się irracjonalnie boję, a jednak są one rzeczywiste i stosunkowo logiczne. Bardziej, niż ja sama.
Śniegu jeszcze nie ma, chociaż mamy ponad połowę listopada, a nawet deszcz nie pada zbyt często. W takim stanie wydaje mi się, że potrafię być na nowo samowystarczalna, lecz z każdym dniem potrzebuję ciepła i zrozumienia coraz bardziej. Boję się, że stanie się to przytłaczające i w końcu nas rozdzieli, choć, paradoksalnie, sama do tego doprowadzam. Zazdrość pożera mnie w całości, gdy nie znajduję ukojenia, ale muszę myśleć głową, a nie sercem, chociaż rozdziera mi się ono na niezliczoną ilość części. To uczucie rozrasta mi się w piersiach, wznosi gdzieś ponad powierzchnię ziemi i nie daje stąpać po twardym gruncie. Chodzę więc z tą głową nieograniczenie beztroską, wprost w silne objęcia, i nie wiem czy moje ciało jest nadal moim ciałem, czy już cudzym zapachem ciepłej skóry zmieszanej ze świeżym potem, i czy cudze nie jest już moim lekkim uniesieniem bioder i ciemnością pod przymkniętymi powiekami.

Śniło mi się, że jechaliśmy razem autobusem, ale to było w innej galaktyce, w zupełnie innym miejscu niż Warszawa. To przypominało jakąś Barcelonę, czy coś, ale byłeś dziwny, więc wysiadłam. A potem nie mogłam odnaleźć drogi do domu.

sobota, 4 września 2010

hidden place.

Chowam się w bezpiecznych ramionach, naga i bezbronna, pełna zaufania, oddychając spokojnie i rytmicznie, nie gubiąc oddechu i nie zapominając ważnych słów. Mówisz, że uciekam, wbrew instynktowi samozachowawczemu i bez rozumu, by nie zatrzymać się na grząskim gruncie, który wciąga mnie żywcem i rozdziera na bezużyteczne kawałki. Chyba masz rację.

Codzienność i szara rutyna mnie przeraża, tak zwyczajnie, boję się jej i nie chcę o niej nawet myśleć. W tych depresyjnych czasach trudno nie być inercyjnym, zblazowanym i odrzuconym. Czasami nadmiar wolności mnie przytłacza i, zamiast korzystać z niej należycie, zwijam się w pozycji embrionalnej gdzieś pod kołdrą, odnajdując tam schronienie dla drżących mięśni. Cisza mnie uspokaja. Mieszczę w swoim małym ciele tyle sprzecznych emocji, tyle eklektycznych uczuć, że zaczynam się gubić w swoim wewnętrznym chaosie. Constansem jest tylko chłód moich dłoni, jednak serce mam ciepłe, a oczy czasem radosne.

niedziela, 29 sierpnia 2010

amphetamine logic.

Nie mamy kontroli nad naszym ciałem, które raz wypręża się w pierwotnych rozkoszach, a zaraz rozdziera się pełne bólu. Nie potrafimy odróżnić słodkiej euforii od nadchodzących do ust gorzkich wyrzutów sumienia. Działamy wbrew sobie, gwałcąc utrwalone wcześniej zasady i buntując się przeciwko sobie samym. Kim my właściwie jesteśmy? Nienawidzimy siebie tak bardzo, że świadomie dążymy do autodestrukcji?

W głowie słyszę tylko szybki puls, krew obija się o ściany tętnic, jakby chciała je rozerwać. Ciemność pokoju zapewnia mi stateczność, lecz tej nocy już nie zasnę, może następnej. Boję się odbicia w lustrze, bo twarz ta coraz bardziej przypomina obcą i nie poznaję już swojego spojrzenia.

wtorek, 17 sierpnia 2010

secret motel.

Parzące ramiona promieni solarnych delikatnie obejmują moje mlecznobiałe ciało, zmęczoną pesymizmem materię, wyblakłe komórki tkanki skórnej. Zalany słońcem rynek brzmi jak Bob Dylan, a lekki wiatr wprawia w subtelny ruch warkocze kołtunów i pieści muśnięte brązem, rozgrzane ramiona. Wspomnienie błogiego poranka w tym upalnym, nadmorskim mieście, zdaje się być odległym snem, nieosiągniętą tęsknotą za bliskością i poczuciem bezpieczeństwa lub metabolizującymi się pigułkami szczęścia. Miasto to, cuchnące padliną i alkoholem, pozwala zapomnieć o negatywach egzystencji, przyprawiających o niespokojne drżenie mięśnia sercowego i wszechogarniający ból istnienia. Wreszcie mogłam odetchnąć swoją wątłą piersią nieskażonym urbanizacją powietrzem i wręcz namacalną ulgą.