niedziela, 21 listopada 2010

untitled

Czas mija tak szybko, że nie zauważyłam nawet, że liście zżółkły i pospadały na mokre chodniki. Temperatura przeraźliwie mrozi ciało, a słoneczne dni są tylko substytutem minionego lata. Zaczyna się jesień – pora niewątpliwie chłodna, lecz racząca wszystkich ciepłem naturalnych barw. Ten czas kojarzy mi się ze spacerami po centrum miasta, uderzającym zapachem smakowych papierosów, ciepłą wódką i długimi wieczorami spędzonymi na chandrze. Wspomnienia powracają przy oglądaniu starych fotografii robionych jeszcze aparatami na kliszę, tych chwil zapomnianych i, wydawałoby się cudownych, jednakże została po nich dziura w pamięci, pustka w sercu i kolorowa odbitka.
Alkohol pejoratywnie porusza moje neurony. Szybko się upijam, a potem nic nie pamiętam i nie wiem nawet, z kim rozmawiałam, a to wszystko przez te tabletki, które mi przepisał lekarz. Codziennie rano połykam połówkę i moje serce zaczyna wolniej bić, i oddech staje się spokojniejszy i mętlik w głowie zdaje się być bardziej uporządkowany we wszechobecnym bałaganie. Miłą odskocznią są wielobarwne długometrażowe sny, pełne abstrakcji, w których spotykam wszystko, czego mi trzeba i wszystko, czego się irracjonalnie boję, a jednak są one rzeczywiste i stosunkowo logiczne. Bardziej, niż ja sama.
Śniegu jeszcze nie ma, chociaż mamy ponad połowę listopada, a nawet deszcz nie pada zbyt często. W takim stanie wydaje mi się, że potrafię być na nowo samowystarczalna, lecz z każdym dniem potrzebuję ciepła i zrozumienia coraz bardziej. Boję się, że stanie się to przytłaczające i w końcu nas rozdzieli, choć, paradoksalnie, sama do tego doprowadzam. Zazdrość pożera mnie w całości, gdy nie znajduję ukojenia, ale muszę myśleć głową, a nie sercem, chociaż rozdziera mi się ono na niezliczoną ilość części. To uczucie rozrasta mi się w piersiach, wznosi gdzieś ponad powierzchnię ziemi i nie daje stąpać po twardym gruncie. Chodzę więc z tą głową nieograniczenie beztroską, wprost w silne objęcia, i nie wiem czy moje ciało jest nadal moim ciałem, czy już cudzym zapachem ciepłej skóry zmieszanej ze świeżym potem, i czy cudze nie jest już moim lekkim uniesieniem bioder i ciemnością pod przymkniętymi powiekami.

Śniło mi się, że jechaliśmy razem autobusem, ale to było w innej galaktyce, w zupełnie innym miejscu niż Warszawa. To przypominało jakąś Barcelonę, czy coś, ale byłeś dziwny, więc wysiadłam. A potem nie mogłam odnaleźć drogi do domu.

sobota, 4 września 2010

hidden place.

Chowam się w bezpiecznych ramionach, naga i bezbronna, pełna zaufania, oddychając spokojnie i rytmicznie, nie gubiąc oddechu i nie zapominając ważnych słów. Mówisz, że uciekam, wbrew instynktowi samozachowawczemu i bez rozumu, by nie zatrzymać się na grząskim gruncie, który wciąga mnie żywcem i rozdziera na bezużyteczne kawałki. Chyba masz rację.

Codzienność i szara rutyna mnie przeraża, tak zwyczajnie, boję się jej i nie chcę o niej nawet myśleć. W tych depresyjnych czasach trudno nie być inercyjnym, zblazowanym i odrzuconym. Czasami nadmiar wolności mnie przytłacza i, zamiast korzystać z niej należycie, zwijam się w pozycji embrionalnej gdzieś pod kołdrą, odnajdując tam schronienie dla drżących mięśni. Cisza mnie uspokaja. Mieszczę w swoim małym ciele tyle sprzecznych emocji, tyle eklektycznych uczuć, że zaczynam się gubić w swoim wewnętrznym chaosie. Constansem jest tylko chłód moich dłoni, jednak serce mam ciepłe, a oczy czasem radosne.

niedziela, 29 sierpnia 2010

amphetamine logic.

Nie mamy kontroli nad naszym ciałem, które raz wypręża się w pierwotnych rozkoszach, a zaraz rozdziera się pełne bólu. Nie potrafimy odróżnić słodkiej euforii od nadchodzących do ust gorzkich wyrzutów sumienia. Działamy wbrew sobie, gwałcąc utrwalone wcześniej zasady i buntując się przeciwko sobie samym. Kim my właściwie jesteśmy? Nienawidzimy siebie tak bardzo, że świadomie dążymy do autodestrukcji?

W głowie słyszę tylko szybki puls, krew obija się o ściany tętnic, jakby chciała je rozerwać. Ciemność pokoju zapewnia mi stateczność, lecz tej nocy już nie zasnę, może następnej. Boję się odbicia w lustrze, bo twarz ta coraz bardziej przypomina obcą i nie poznaję już swojego spojrzenia.

wtorek, 17 sierpnia 2010

secret motel.

Parzące ramiona promieni solarnych delikatnie obejmują moje mlecznobiałe ciało, zmęczoną pesymizmem materię, wyblakłe komórki tkanki skórnej. Zalany słońcem rynek brzmi jak Bob Dylan, a lekki wiatr wprawia w subtelny ruch warkocze kołtunów i pieści muśnięte brązem, rozgrzane ramiona. Wspomnienie błogiego poranka w tym upalnym, nadmorskim mieście, zdaje się być odległym snem, nieosiągniętą tęsknotą za bliskością i poczuciem bezpieczeństwa lub metabolizującymi się pigułkami szczęścia. Miasto to, cuchnące padliną i alkoholem, pozwala zapomnieć o negatywach egzystencji, przyprawiających o niespokojne drżenie mięśnia sercowego i wszechogarniający ból istnienia. Wreszcie mogłam odetchnąć swoją wątłą piersią nieskażonym urbanizacją powietrzem i wręcz namacalną ulgą.

niedziela, 8 sierpnia 2010

dear God, I hate myself.

Jest sierpień. Ptaki, pomimo pojawiającego się od czasu do czasu deszczu, obwieszczają swoim radosnym śpiewem obecność lata. Gałęzie drzew tańczą w tym lekkim, płynnym tańcu z wiatrem, a ich zielone liście mienią się w słońcu jak dwugroszówki wrzucone do fontanny na szczęście. Zamykam się, szukając ukojenia w śnie, jak bezbronne zwierzę, i wolę przeczekać tam życie. Budzą mnie tylko telefony zatroskanych ludzi, którzy przychodzą z pomocą i kilkoma dowodami zdrady cielesnej, ale staram się nie panikować. Tylko to mi już zostało, niebo wylewa łzy za mnie.

piątek, 6 sierpnia 2010

the first waltz.

Lubię te momenty, kiedy spontanicznie przyjęte propozycje zmieniają całą percepcję i światopogląd. Chwile te, gdy jeden wieczór zapada na długo w pamięć, nawet pomimo, że nie pamięta się zeń wszystkich wydarzeń, bo dostarczyło się za dużo wysokoprocentowych trunków do krwiobiegu. Późną nocą rozmowy o muzyce, pijackie pocałunki z ludźmi wątpliwej orientacji seksualnej i wolne tańce, mocno uderzają do głowy na następny dzień.

Innego dnia natomiast, wyczuwalna staje się namiastka wspaniałości niedawnych czasów, które, zdawałoby się, minęły na dobre... a jednak mile łechta moje zrezygnowane ego. Czas jakby na nowo stanął w miejscu, pomimo, że już ponad połowa upragnionego spokoju, a druga przecieknie mi przez palce jeszcze szybciej. Szarobłękitne niebo za oknem ciska błyskawicami i grzmotami, jakby z tego przesilenia wakacyjnego chciało się po prostu porzygać.

Wiesz, w myślach rozbierałam Cię już nie raz, a jednak się wstydzę. Różne lubieżne czynności z miłym akcentem na przemoc bawią zdecydowanie moje mniej świadome ,,ja'', co nijak ma się do rzeczywistości. Schizofreniczne wizje chorej fizyczności krążą jak ten komar w nocy po pokoju, co nie daje zasnąć. Tylko jak je zatłuc?