piątek, 6 sierpnia 2010

the first waltz.

Lubię te momenty, kiedy spontanicznie przyjęte propozycje zmieniają całą percepcję i światopogląd. Chwile te, gdy jeden wieczór zapada na długo w pamięć, nawet pomimo, że nie pamięta się zeń wszystkich wydarzeń, bo dostarczyło się za dużo wysokoprocentowych trunków do krwiobiegu. Późną nocą rozmowy o muzyce, pijackie pocałunki z ludźmi wątpliwej orientacji seksualnej i wolne tańce, mocno uderzają do głowy na następny dzień.

Innego dnia natomiast, wyczuwalna staje się namiastka wspaniałości niedawnych czasów, które, zdawałoby się, minęły na dobre... a jednak mile łechta moje zrezygnowane ego. Czas jakby na nowo stanął w miejscu, pomimo, że już ponad połowa upragnionego spokoju, a druga przecieknie mi przez palce jeszcze szybciej. Szarobłękitne niebo za oknem ciska błyskawicami i grzmotami, jakby z tego przesilenia wakacyjnego chciało się po prostu porzygać.

Wiesz, w myślach rozbierałam Cię już nie raz, a jednak się wstydzę. Różne lubieżne czynności z miłym akcentem na przemoc bawią zdecydowanie moje mniej świadome ,,ja'', co nijak ma się do rzeczywistości. Schizofreniczne wizje chorej fizyczności krążą jak ten komar w nocy po pokoju, co nie daje zasnąć. Tylko jak je zatłuc?

1 komentarz: