wtorek, 17 sierpnia 2010

secret motel.

Parzące ramiona promieni solarnych delikatnie obejmują moje mlecznobiałe ciało, zmęczoną pesymizmem materię, wyblakłe komórki tkanki skórnej. Zalany słońcem rynek brzmi jak Bob Dylan, a lekki wiatr wprawia w subtelny ruch warkocze kołtunów i pieści muśnięte brązem, rozgrzane ramiona. Wspomnienie błogiego poranka w tym upalnym, nadmorskim mieście, zdaje się być odległym snem, nieosiągniętą tęsknotą za bliskością i poczuciem bezpieczeństwa lub metabolizującymi się pigułkami szczęścia. Miasto to, cuchnące padliną i alkoholem, pozwala zapomnieć o negatywach egzystencji, przyprawiających o niespokojne drżenie mięśnia sercowego i wszechogarniający ból istnienia. Wreszcie mogłam odetchnąć swoją wątłą piersią nieskażonym urbanizacją powietrzem i wręcz namacalną ulgą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz