sobota, 4 września 2010

hidden place.

Chowam się w bezpiecznych ramionach, naga i bezbronna, pełna zaufania, oddychając spokojnie i rytmicznie, nie gubiąc oddechu i nie zapominając ważnych słów. Mówisz, że uciekam, wbrew instynktowi samozachowawczemu i bez rozumu, by nie zatrzymać się na grząskim gruncie, który wciąga mnie żywcem i rozdziera na bezużyteczne kawałki. Chyba masz rację.

Codzienność i szara rutyna mnie przeraża, tak zwyczajnie, boję się jej i nie chcę o niej nawet myśleć. W tych depresyjnych czasach trudno nie być inercyjnym, zblazowanym i odrzuconym. Czasami nadmiar wolności mnie przytłacza i, zamiast korzystać z niej należycie, zwijam się w pozycji embrionalnej gdzieś pod kołdrą, odnajdując tam schronienie dla drżących mięśni. Cisza mnie uspokaja. Mieszczę w swoim małym ciele tyle sprzecznych emocji, tyle eklektycznych uczuć, że zaczynam się gubić w swoim wewnętrznym chaosie. Constansem jest tylko chłód moich dłoni, jednak serce mam ciepłe, a oczy czasem radosne.