czwartek, 14 lipca 2011

riders on the storm

Jakiś pies poszczekiwał za oknem, gdzieś w oddali, jakby wyczuł postapokaliptyczną atmosferę niepokoju, zapowiadającą burzę. Za oknem niebo było całkiem żółte, tak samo drzewa, bloki, chodniki i ludzie, a nawet wnętrze mojego małego pokoju w ten letni, ciepły, choć nieco deszczowy wieczór. Kolor otoczenia zdawał się działać uspokajająco, choć wiadomo było, że zaraz lunie i ciszę zastąpi huk masowo spadających na parapety i samochody kropel deszczu. Ja jednak lubię muzykę tej pogody, więc mi na rękę. Lubię też ten typowy zapach ,,po burzy’’, jak to się potocznie mawia, który w istocie jest zapachem ozonu obecnego na powierzchni ziemi. Przypomina trochę też woń świeżo skoszonej trawy, skąpanej w porannej rosie i wolnorosnących nieopodal przy strumyku ziół. Jaskółki nisko latają, na wysokości dziesiątego piętra, więc teraz już będzie padać, na pewno. Samiec komara, większy niż te gryzące bzyczące owady, których tak wszyscy nie lubią, próbuje włamać się przez okno. Pukam do niego w szybę, ale zdaje się, że ma ważniejsze sprawunki na głowie.

Niebo zmieniło w tym czasie barwę na błękitną, ale bardziej szarą, niż słoneczną, nabierając czerwieni na linii horyzontu. Światła powoli zapalają się w sąsiednich budynkach, przedzierając się nieśmiało zza gałęzi liściastych drzew, a reflektory przelatującego samolotu mrygają rytmicznie jak uszkodzona latarnia uliczna.

Pora wyjść z psem. Jak na ironię, właśnie zaczęło padać. Ale nie przeszkadza mi to i wychodzę. Nie widać śladu po wcześniejszej żółci, a szarość zmieniła się w czerń nocy. W powietrzu czuć zapach jeziora, pełnego ogromnych glonów i dziko rosnących chwastów przy brzegu. Mokry chodnik jak peknięte lustro odbija jasno fioletowe błyski, a każdy kolejny krok przypomina o coraz większej obecności wilgoci. Mokną mi stopy i włosy, ale nie przeszkadza mi to. Słychać wyładowania elektryczne, jakby zrzucał ktoś powoli ciężki gruz. Po chwili wracam do domu.

Siedzę w ciszy, słuchając głosu świata i paląc papierosa. Ktoś znowu zrzucił gruz z nieba albo jakby zawalił się jakiś ciężki budynek. Myślę, że chyba po raz pierwszy w życiu czuję się szczęśliwa.

sobota, 8 stycznia 2011

noworoczna

Pogoda działa dostatecznie demotywująco, łóżko mimo ciążących na mnie obowiązkach zdaje się być jeszcze wygodniejsze, sny bardziej kolorowe i herbata smaczniejsza niż kiedykolwiek, jednak wiele negatywnych czynników przestało figurować na liście mojej podstawowej fizjologii, więc bilans można uznać za stosunkowo dobry. Do szczęścia brakowałoby mi samozaparcia, ustabilizowania nastrojów i paranoicznych stanów, spontaniczności, konsekwencji w słowach i czynach, więcej uśmiechu, więcej zdrowych przyjemności. Mile wspominam siebie sprzed kilku lat, bo pomimo ogółu beznadziei sytuacji w tamtym okresie, potrafiłam być odważna. Wspaniałe oderwanie się od życia, do zupełnie odmiennego świata, tak przyjaznego, wydawałoby się, że rzecz do koniecznego powtórzenia – a jednak nigdy nie zrobiłam tego ponownie. Czasami siadam na krześle naprzeciwko okna, patrzę na zewnątrz i myśl o tym, jak wiele bym mogła, jak wiele bym chciała i jak wiele tracę, ograniczając się w najgorszy i najgłupszy możliwy sposób, powoduje że czuję się sfrustrowana bezsilnością, która temu towarzyszy i wściekła na samą siebie, chociaż nie jestem pasywna. W moim życiu trafiam na rzeczy, które odwodzą mnie od przyjętego toku myślenia, cofając jego postęp i uniemożliwiając dojście mi do ostatecznego rozwiązania spraw. Potem zaczynam wszystko od nowa, jednak w pewnym momencie coś mi przeszkadza i linia postępu znowu zostaje przerwana. I tak w kółko. Pomimo czynności, które stanowią pewien constans, czuję wewnętrzny niepokój i nieład w sercu, wieczny huragan boleśnie rozwiewający stateczność i jednostajność bytu. Chyba dorosłam na tyle, by ze wstydem stwierdzić, że kiedyś dałabym wszystko, by być inną osobą niż pozostałość nudnych jednostek, nawet kosztem dobrego samopoczucia, a teraz wszystko, czego chcę, to być jak najbardziej normalnym człowiekiem z życiem najnormalniejszym jak to sobie można wyobrazić.